Joanna Jędrzejczyk: Polska księżniczka brutalności? Jestem ambasadorką naszego kraju

Wielokrotna mistrzyni mieszanych sztuk walki i pierwsza Polka, należąca do największej i najbardziej elitarnej organizacji MMA na świecie - UFC w osobistym wywiadzie o początkach swojej kariery, pierwszych sukcesach zawodowych i chwilach załamania. Poznajcie historię Joanny Jędrzejczyk, nowej ambasadorki Sport.pl.

Bartłomiej Szypowski: Podobno broniłaś się przed Mieszanymi Sztukami Walki?

Joanna Jędrzejczyk: - Wydawało mi się, że ten sport jest zbyt brutalny. Bałam się kalafiorów na uszach [powodują je pęknięcia chrząstki w uchu - przyp. red.], dźwigni, pokrzywionych rąk, ale dałam się do tego przekonać w olsztyńskim klubie Arrachion. Na początku nie radziłam sobie w walce w parterze. Denerwowałam się, bo wiele osób potrafiło mnie na tej płaszczyźnie pokonać. Powtarzałam sobie: „Ochłoń. Odłóż emocje na bok. Nauka wymaga czasu”.

Po twojej ostatniej wygranej walce podejrzewano u ciebie złamanie nosa.

- Po 13 latach uprawiania sportów pomyślałam sobie: „Cholera, wreszcie złamany”. Na szczęście była to tylko opuchlizna. Mam nadzieję, że do końca kariery tego nie dojdzie, chociaż widzę jak zmienia się moje ciało. Muskulatura, sylwetka, również nos. Po przyjmowanych ciosach chrząstki i tkanki muszą odreagować. Chciałabym uniknąć blizn na twarzy.

Tego bałaś się najbardziej zaczynając przygodę ze sportami walki?

- W wieku 16 lat zaczyna się życie towarzyskie. Imprezy ze znajomymi, dziewczyny zaczynają przykładać większą wagę do wyglądu. Ja jednak nigdy nie bałam się siniaków czy zadrapań. Byłam aktywnym dzieckiem. Obcy ludzie mogliby pomyśleć, że mam ADHD. Zresztą potem, gdy ktoś zaczepiał nasze rodzeństwo pierwsza się na nich rzucałam. Bywam zadziorna.

Stąd pomysł na sporty walki?

- Były chłopak starszej siostry zauważył, że mam do tego smykałkę i zaprowadził mnie na treningi. Od początku mi się spodobało. Ćwiczenia były ogólnorozwojowe. Trener na początku prowadził zajęcia z karate powiązane z kick-boxingiem. Szybko poczułam, że lubię wysiłek i ten rodzaj kontaktu. Rano pakowałam torbę, bo prawie codziennie gnałam na salę po szkole. Po pół roku pojechałam na pierwsze zawody. Nie czułam się zestresowana. Otoczka dała mi dodatkowego kopniaka z motywacją. Osiągnęłam pierwszy sukces. Od tej pory trenowałam więcej, mocniej. Zrobiłam kilka kursów, aby poznać tajniki diety oraz swoje ciało. To mi bardzo pomogło. Przez 13 lat nie miałam żadnej poważniej kontuzji. Wiedziałam jak o siebie dbać.

Miałaś rówieśniczki, które trenowały z Tobą?

- Było kilka dziewczyn starszych ode mnie. Cieszyłam się, że mogę dzielić z nimi pasję, chociaż początki nie były dla mnie łatwe. Miały dobry kontrakt z trenerem, mnie traktowano trochę gorzej. Dlatego byłam podwójnie zmotywowana, gdy dochodziło do sprawdzenia umiejętności. To mi się udawało. Niestety spośród nich uchowałam się tylko ja. Miłość, imprezy, znajomi – to wygrywało często z zapałem i talentem.

Jak Ty sobie z tym poradziłaś?

- Znajomi często wychodzili na piwko, a w weekendy urządzali imprezy. W piątki i w soboty. Większość z nich tak funkcjonowała. W pewnym momencie powiedziałam: dość. Nie chciałam tracić ciężkiej pracy włożonej w treningi w jeden wieczór, codziennie spotykać się na piwo i upijać, co weekend. Ale dla nich to było dziwne, straciłam przez to wielu znajomych. Słyszałam, że jestem nudna, bo nie piję alkoholu, nie jem pizzy. Ale ja potrafię bawić się bez używek. Rozumiem jednak ludzi. Szukają atrakcji i wrażeń. Ja postanowiłam zostać tym odłamkiem procenta, który dąży do sportowego sukcesu.

A jak tę decyzję przyjęli rodzice?

- Martwili się. W tym okresie odeszłam z klubu wraz z kilkunastoma osobami, bo trener okazał się niekompetentny. Jeżdżąc na zawody za noclegi, jedzenie i dojazd płaciliśmy sami. On wykorzystywał to oszukując nas na pieniądze. Tymczasem trener powinien być wzorem, moim przyjacielem, psychologiem oraz pierwszym lekarzem. Dlatego podjęłam decyzję, że tam nie wrócę. Nie wchodzę dwa razy do tej samej brudnej rzeki. Chociaż wtedy złapał mnie największy kryzys, to nie przestałam trenować. Znalazłam sobie miejsce w garażu, co było dla mnie absurdalne. Wstydziłam się o tym mówić, sama wymyśliłam treningi, ale nie miałam innego wyjścia. Co ze mnie był za sportowiec? Dwa lata w klubie, w którym zdobyłam mistrzostwo Polski i Puchar Polski, a mimo to jaki sponsor by mnie wsparł? Rodzice bali się, że za mocno się angażuję, a nic z tego nie będę miała. Nadchodził czas studiów. Potraktowałam to jako sprawdzian. Nie mogłam odpuścić.

Joanna Jędrzejczyk ambasadorka Sport.plJoanna Jędrzejczyk ambasadorka Sport.pl Sport.pl

I poleciałaś do Tajlandii.

- Chciałam trenować w kolebce muay thai. Nikt mi nie wierzył, że tam wylecę, a ja po kilku miesiącach zbierania pieniędzy po prostu to zrobiłam. W dniu wylotu usłyszałam od mamy: „Dziecko, ty naprawdę lecisz?”. Samej mi było trudno w to uwierzyć. Stojąc z biletem w ręku na lotnisku w Krakowie pomyślałam: „Jejku, to się dzieję naprawdę”. Miałam być tam miesiąc, a zostałam na trzy. Swoją postawą na treningach stworzyłam sobie podwaliny pod kolejne wyjazdy. Po półrocznej przerwie znów tam wróciłam. I tak w kółko. Tajlandia stała się moim drugim domem.

To musiało być kosztowne. Jak udało ci się zebrać pieniądze?

- Moi rodzice mają mały sklepik spożywczy. Tam pomagałam, a wszystkie zarobione pieniądze odkładałam. Już mając 13-lat jeździłam rowerem pięć kilometrów sprzedawać gazety. Zarabiałam koło 10 złotych dziennie. Rodzice odradzali, mówili: „Zostań, my damy ci te pieniądze. Nie zrywaj się z łóżka o czwartej rano”. Ale ja nie mogłam inaczej, nie chciałam niczego za darmo. Rodzice w końcu sobie uświadomili, że sama chcę kierować swoim życiem. Absurd? Taki mam charakter, mam to we krwi.

Potem trafiłaś pod skrzydła legendarnego kick-boxera, Ernesto Hoosta.

- Za namową Pawła Słowińskiego [najbardziej utytułowany Polak walczący w formule K-1 - przyp. red.] udałam się do Holandii, gdzie poznałam Ernesto. Na początku był przeciwny trenowaniu kobiet. Nie poddałam się. Dojeżdżałam na salę kilkadziesiąt kilometrów. Dawałam na niej z siebie wszystko. Gdy wygrałam tam swoją pierwszą walkę zrobiło się o mnie głośno i wtedy zdecydował się przyjść mnie zobaczyć. Zaimponowałam mu zaangażowaniem, dlatego zaproponował mi dołączenie do teamu „Mr Perfect”. Zostałam tam dwa lata. Do dziś mówi, że jest moim czarnym ojcem.

Wciąż byłaś daleko od rodziny, chłopaka, przyjaciół. Miewałaś kryzysy?

- Nie byłabym człowiekiem, gdybym ich nie miała. Najbliżsi są dla mnie najważniejsi. Na szczęście wspierali moje decyzję. Byli ze mną mimo odległości. Pojawiały się również problemy finansowe. Bywało, że miałam w kieszeni dosłownie kilka euro i w głowie myśli: „Kupić coś do jedzenia, czy jednak bilet na trening?”. W tym czasie za walki otrzymywałam około tysiąca euro. To było nic w porównaniu z wydatkami, które miałam.

Problemy miałaś też w ringu. Na Białorusi zdemolowałaś Allą Iwaszkiewicz w walce o mistrzowski pas World Kickboxing Network, a sędziowie przyznali zwycięstwo rywalce.

- Ona ledwo przetrwała ten pojedynek, po walce sama oddała mi mistrzowski pas. Wszyscy znali prawdziwi werdykt, tylko nie sędziowie. Ernesto powiedział mi kiedyś: „Lepiej przegrać dobrą walkę, niż wygrać, gdy się było słabszym”. Z około stu walk w muay thai, boksie czy kick-boxingu przegrałam może trzy. W statystykach znajdziecie ich o pięć, sześć więcej, bo rywalki miały przychylność sędziów. To podcina skrzydła. Nie lubię postawy, która wyznaje osiąganie celów kosztem innych. Uwielbiam czysty sport i o niego walczę. Jeśli nie grasz fair, wcześniej czy później ktoś to zweryfikuje.

Dwa i pół roku po debiucie zostałaś mistrzynią najlepszej organizacji na świecie - UFC. Spełniłaś swoje marzenie?

- Po kilku zawodowych walkach w MMA wciąż trudno było znaleźć mi rywalki. Na pół roku przed ofertą z UFC chciałam rzucić to w cholerę. Musiałam łączyć treningi z pracą. Denerwowali się na mnie trenerzy. To powodowało zwątpienie. Przez to byłam bliska podpisania umowy z polskimi federacjami. Na szczęście głowa cały czas podpowiadała mi: „Będziesz najlepsza na świecie”. Udało się. A marzenia? Wciąż je spełniam. Na cel postawiłam sobie bycie najlepszą. Przede mną jeszcze kilka kroków do jego spełnienia.

Jak mobilizujesz się przed walkami?

- Włączam tryb ciężkiej pracy. Nie ma wyjść ze znajomymi. Nie ma nieprzespanych nocy. Nie ma ani kęsa niezdrowej żywności. Codziennie przełamuje swoje bariery, a to mnie strasznie nakręca.

Gdy wchodzisz do oktagonu twój wzrok się zmienia.

- Nie staję się diablicą. Nie chodzę zdenerwowana ani nie powtarzam w głowie złych rzeczy na temat rywalki. Podchodzę do tego w inny sposób. „Tam stoi ktoś, kto chce zabrać Ci twoje marzenia, a Ty musisz je obronić. Pokażę Ci waleczne serce z Polski”. Nie chcę krzywdzić ludzi.

A potem w mediach są na główki o kolejnej rozbitej rywalce. Jak do nich podchodzisz?

- Zdaję sobie sprawę, że nie gram w szachy. Jestem zawodniczką MMA. Czasem śmieszą mnie przydomki nadawane przez fanów, typu: „Polska księżniczka brutalności”. Gdy widzę podczas walki rozbitą twarz rywalki mam w głowie komunikat do sędziego: „skończ to, szkoda jej zdrowia”. Nie mogę jednak przestać atakować. Ona jest na takim poziomie adrenaliny, że nie czuje bólu. Taki jest ten sport. Rany są jego częścią. Naszym narzędziem jest ciało. W twardzielkę zamieniam się tylko w oktagonie. Wolę jednak siebie z życia codziennego. Uśmiechniętą, z makijażem, bez spiętych włosów.

Przed wyjściem do walki zawsze robisz znak krzyża. O co się modlisz?

- Może to dziwne, ale nie modlę się o dołożenie przeciwniczce. Proszę Boga o mądrość w walce, żebym była sprytna i szybka. Bóg, rodzina i ojczyzna - to są największe filary mojego życia.

Mocno przeżyłaś plotki pojawiające się o zmianie obywatelstwa, gdy na stałe przeniosłaś się do USA?

- Zabolało. Czy kiedyś stworzyłam ku temu wątpliwości? Zawsze reprezentuję Polskę i jestem z tego dumna. Nigdy tego nie ukrywałam. Jestem patriotką. Traktuję to jak transfer piłkarza do klubu zza granicy. Postawiłam kolejny krok w mojej karierze. Tam mogę być lepszym sportowcem, robić karierę międzynarodową. Z tego powinni się ludzie cieszyć, bo jestem ambasadorką naszego kraju.

Tak przechwyciliśmy gwiazdę - Joanna Jędrzejczyk ambasadorką Sport.pl

Komentarze (11)
Joanna Jędrzejczyk: Polska księżniczka brutalności? Jestem ambasadorką naszego kraju
Zaloguj się
  • malepifko

    Oceniono 4 razy 4

    Jedne, zaciskają zęby i ciężką pracą dążą do celu związanego z sukcesem zawodowo - finansowym. Inne, całe życie marzą o rycerzu na białym koniu, którego będą traktować jak bankomat.

  • rozkolec

    Oceniono 3 razy 3

    Szacun ! Powodzenie w realizacji marzeń :-)

  • intransigent

    Oceniono 1 raz 1

    Powodzenia!

  • darkens81

    0

    jeszcze pare walk i da sobie spokój

  • promemo

    0

    ...mistrzyni mieszanych sztuk walki... jeśli mordobicie jest sztuką, to Jędrzejczyk jest zapewne ... artystką ?
    Tak dorabia się wzniosłą filozofię do najbardziej prymitywnego, zwierzęcego instynktu walki, pierwotnie o przetrwanie (najlepszy przeżyje), obecnie o pieniądze, A gawiedź, czując krew, pieje z zachwytu ... cienki ten pokost cywilizacji.

  • monikaaleksandra

    0

    Pani Joanno mnie złamało nos dwuletnie dziecko - kolanem w czasie budzenia. Zbyt nisko pochyliłam głowę i oberwałam od fikającego nogami skrzata. Dużo nie trzeba. Po czterech dniach na oddziale chirurgii jednego dnia przeszłam zabieg repozycji nosa, który trwał 15 minut. Nic strasznego, ale czujność nie zaszkodzi.
    Powodzenia i proszę pomyśleć o bezpieczniejszej dyscyplinie. Szkoda Pani urody.

  • archieil

    0

    "Gordon Sisters Boxing"

    taka ciekawostka.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX