Najszybszy rower świata

Krzysztof Fiedorek z Torunia chce pojechać na swoim specjalnie skonstruowanym rowerze 300 km na godzinę.

Brzmi to jak utopia, ale Holender Fred Rompelberg pojechał już 268. Na wyschniętym jeziorze w amerykańskim stanie Utah przyczepiony do samochodu rozpędził się do 120 km na godzinę. Resztę zawdzięczał już sile: mięśni, roweru - cudacznej konstrukcji z dwoma łańcuchami, jaką chce skopiować Polak - i charakteru, bo trzeba być trochę postrzelonym, żeby trzymać się na ogonie auta przy takiej prędkości. Rompelberg w 1992 roku przy 225 km na godzinę odbił w bok - i dostał taki podmuch, że odfrunął jak kartka papieru. Zanim ustanowił rekord, przez trzy lata lizał rany. Do końca życia będzie kuleć, ale Fiedorka to nie przeraża. - Takie ryzyko. Ja po jednym z wypadków mam w dłoni dwie śruby - mówi.

Rowerowa matematyka

Obecny rower Polaka na pierwszy rzut oka wygląda normalnie. Ale kto zna się trochę na rzeczy, od razu zwróci uwagę np. na nietypową ramę. Zrobił ją na zamówienie toruński spec od rowerów Bogdan Kondej. Na tym modelu nie da się jeszcze pobić rekordu świata, ale można jeździć szybciej niż na finiszu Tour de France. Fiedorek szacuje, że nawet 149 km na godzinę. Na razie dobija do marnych 85 (profesjonalni kolarze - do 60), ale to wystarczy, by wprawiać w konsternację kierowców. Jedzie ktoś siedemdziesiątką, a tu nagle wyprzedza go rowerzysta. Parę lat temu roku kierujący autobusem, którego wyprzedzał w Warszawie, tak się zapatrzył, że skasował cztery samochody.

Gdy Rompelberg bił swój rekord, Fiedorek - dziś 38-letni informatyk - studiował na UMK. I grał w koszykówkę. Właśnie przez nią zaczął ulepszać rower. Transmisje z meczów NBA zapoczątkowały modę na streetballowe pojedynki jeden na jeden. Włodzimierz Szaranowicz komentował starcia Jordana z Shaquillem O'Nealem, w których stawką był prymat w najlepszej lidze świata, a na asfaltowych placach Torunia ich nastoletni naśladowcy grali o oranżadę. Fiedorek, zwinny od dziecka, miał tak napięty grafik, że musiał szybko przemieszczać się między boiskami. Kupił więc większą zębatkę.

Wciągnęła go szybkość, ale i zabawa w ulepszanie. Zawsze miał smykałkę do techniki. - Prędkość na rowerze zależy m.in. od tego, ile obrotów zrobi tylne koło przy jednym obrocie pedałami. Standardowy rower górski ma zębatkę z 44 zębami z przodu i 11 z tyłu. 44 przez 11 to 4. Raz przekręcę pedałami, cztery razy obróci się koło. W moim obecnym rowerze mam zębatkę 72, co daje sześć z kawałkiem - opowiada.

Takiej zębatki nie robią nigdzie na świecie. W Stanach Zjednoczonych można dostać przez internet wersję z 59 zębami. Wersja Rompelberga miała 70 zębów.

Jak zdobyć zębatkę marzeń

Wypatrzył ją dopiero w Warszawie, gdzie trafił po studiach za pracą. Miał dużo czasu na buszowanie po sklepach, bo narzeczoną zostawił w Toruniu. Widywali się w weekendy. Wyprzedzał autobusy, którymi dojeżdżała z dworca. - Alina parę razy widziała mnie w akcji i wie, czym to pachnie. Mówi mi: będziesz bił rekord, spisz testament.

- W Warszawie miałem taki okres, że co rok, pół roku testowałem organizm. Wsiadałem na rower i gdzieś jechałem, np. do Krakowa. Mój rekord to 404 km: wyjechałem o 3 w nocy, o 14 wszedłem na Łysicę w Świętokrzyskiem, a o 7 rano następnego dnia byłem z powrotem. Prawie 30 godzin bez snu. Ale dopóki się pedałuje, kręci nogami, w głowie jest adrenalina, jest dobrze.

Kiedy przyjeżdżał do sklepu - wtedy "tylko" z zębatką 56 - i mówił, że chce coś większego, wszyscy pukali się w czoło. W końcu trafił do manufaktury Tomasza Dziubińskiego. - Pamiętam: wchodzę tam pierwszy raz, to był garaż w domu jednorodzinnym, i na dzień dobry w gablocie leży ta zębatka, ale nieobrobiona - tylko wycięte z blachy koło z zębami, w środku otwór. Opowiedziałem, jaka jest moja wizja, co chcę robić. On bardzo mocno namawiał mnie na co innego: miał po swoim dziadku stare plany, z których wynikało, że Niemcy w czasie drugiej wojny światowej wymyślili skrzynię biegów do roweru. W standardowym układzie, kiedy kręcę pedałami, jeden obrót korbą to jeden obrót zębatką. Gdybym miał skrzynię, przy jednym obrocie tarcza obracałaby się dwa razy, trzy, ile sobie ustawię. Niemcy zrobili nawet prototypy dla żołnierzy, ale potem od tego odeszli. Podobno kilka lat temu do pomysłu wróciły włoskie firmy, a pierwsze modele pojawiły się już na targach rowerowych. Ja uparłem się jednak na wielką zębatkę.

List do Rompelberga

I od razu pojawił się problem: standardowe osie suportu (czyli osie łączące pedały) okazały się za krótkie. W większości rowerów mierzą od 114 mm do 126 mm. Fiedorek potrzebował 142, by odsunąć zębatkę od ramy. Szukał jej przez trzy lata. W końcu zrobili mu ją w fabryce FSO na Żeraniu.

Na takim rowerze zaczął jeździć do pracy. Z Bielan na Mokotów miał marne 13 km, więc żeby wzmocnić mięśnie, wstawał o 4 rano i pedałował np. wokół Zalewu Zegrzyńskiego. Kiedy meldował się w banku, miał na liczniku 80 km. Rocznie robił po 7-7,5 tys. km.

Trzy lata temu Fiedorek wrócił do Torunia. - Na podmiejskim lotnisku i z pewnym kierowcą chcę rozpędzić się do 120 km na godzinę. Jak, a właściwie kiedy się uda, zabiorę się do budowy roweru do bicia rekordu świata. Obecny jest kompromisem: z jednej strony chcę jeździć szybko, z drugiej - wszędzie, więc ma grube opony. Nowy, z dwoma łańcuchami i wielkimi zębatkami, będzie już podporządkowany tylko jednemu celowi.

- Myślałeś już, gdzie bić ten rekord?

- Raczej nie w Polsce. Może Stany? Tylko napisz, że chodzi o jazdę po płaskim. Z góry to każdy głupi szybko pojedzie. Z rowerem zmieszczę się w 10 tys. zł, ale drugie tyle pójdzie pewnie na wyprawę. Chyba napiszę do Rompelberga. W końcu jemu pomagał John Howard - poprzedni rekordzista, który pojechał 245 km na godzinę.

W 1899 r. Amerykanin Charles Murphy jako pierwszy przekroczył setkę. Jechał za lokomotywą.

Maciej Czarnecki, źródło: Gazeta Wyborcza

Więcej o: